Wyznawca badmintonizmu. Wielki fan Lema i Pratchetta. Krwiodawca, bloger. Piwo otwieram kapslokiem. Gram na gitarze, fortepianie i akordeonie. Na TT trolluję.
856 stories
·
0 followers

Xiaomi Yeelight Ceiling Light – smartoświetlenie do salonu

1 Share

Żyjemy w czasach, gdzie wszystko może być w wersji smart. Zgryźliwi oczywiście dodają, że niedługo tylko ludzie zostaną głupi. Oprócz rzeczy bardzo potrzebnych, są takie, które są interesujące, sekcja z rzeczami dziwnymi i totalnie zbędnymi.

Smartfon? Bardzo potrzebny. Smartczajnik? Bajer. Smartopaska? Interesująca, niekoniecznie potrzebna, ale dobra. Do tej samej kategorii wpada inteligentne oświetlenie, z którym właśnie zaczynam przygodę.

Pierwszym, co przychodzi do głowy na myśl o smartoświetleniu jest to, że nie trzeba już latać do przełącznika w ścianie. Że wystarczy zainstalować na telefonie aplikację, by móc je włączać i wyłączać. I jasne, jest to fakt, ale dalekie to jest jednak od sedna takich lamp czy żarówek.

Ale od początku.

Lampa sufitowa Yeelight

Yeelight to jedna z marek, która wydaje sprzęt pod szyldem Xiaomi. A o Xiaomi słyszeli już chyba wszyscy. Ich smartfony podobają się zarówno androidowcom, jak i fanom jabłek, bo nakładka MIUI przypomina trochę cukierkowego iOS-a, przy okazji będąc niezłym Androidem. A nawet lepszym niż niezłym, gdy porównamy sobie cenę z tym, co ten telefon ma w środku.

Poza telefonami Xiaomi robi też mnóstwo innych rzeczy, wciąż wartych uwagi. Żarówki i lampy Yeelight powoli zdobywają fanów również w Polsce.

Ta lampa sufitowa, moja pierwsza smart~, jest naprawdę spora. Patrząc na zdjęcia w internecie, bez zagłębiania się w szczegóły, wydawała się znacznie mniejsza. Jej kształt jest prosty i uniwersalny, ale nie sprawia wrażenie taniego czy tandetnego. Wykonanie jest solidne, a instalacja prosta, choć nie jest to coś, co każdy będzie w stanie ogarnąć i dobrze będzie zawołać kogoś bardziej odpowiedniego, bo lampę przymocowuje się bezpośrednio do kabli. Jednak gdy już zamontujecie bazę w suficie (albo ścianie, jak Wam pasuje), to demontaż samej części z lampą (by ją wyczyścić) zajmuje kilka sekund.

Barwa światła

Okazuje się więc, że największym atutem takiej lampy ponad zwykłą żarówką umieszczoną w kloszu, jest to, że można zmieniać intensywność i ciepło koloru. Chociaż przygaszanie żarówek istnieje od wielu wielu lat to i tak chyba niewielka część osób miała to tak naprawdę w domach. Pamiętam, że moja babcia miała taki suwaczek do zmiany natężenia światła, a gdzieś ktoś miał w domu pokrętło. U większości ludzi to jednak był tylko przełącznik z włączonego na wyłączone i to, jakie światło świeci, zależało od cyferek i napisów na samej żarówce.

W lampie Yeelight światło może być bardzo jasne i białe, albo żółte o niskiej intensywności. Może być ciepłym jasnym żółtym, albo totalnie przygaszonym, ledwie tylko rozpraszającym ciemność.

I, totalnie szczerze, jest to genialne i cudowne.

Gdy rano szykujemy się do szkoły, Amon odrabia pracę domową, albo siedzimy i rysujemy czy gramy (jak ostatnio) w Monopoly, białe światło sprawdza się świetnie. Wieczorem w ruch wchodzi ciepłe światło żółte, a w nocy, do grania, bardzo pasuje ten przydymiony efekt. Szczególnie z włączoną za plecami choinką.

Jak się tym steruje?

Opcji jest naprawdę sporo.

Po pierwsze jest pilot, mały zgrabny pilot na płaską baterię. Można nim włączyć i wyłączyć lampę, przełączyć się między domyślnymi trybami świecenia, a także zmienić ciepło barw i ich jasność.

Po drugie jest aplikacja Yeelight, w której możemy sterować wszystkimi światełkami tej marki. Znajdziemy tam mnóstwo ustawień, możliwość robienia własnych „scen”, planowanie zmian światła oraz integrację z opaską Mi Band (której nie mam, wiec niestety nie sprawdziłam). W teorii jednak działa to tak, że światło może zapalać się po wejściu z opaską do domu. To dopiero smart!

Po trzecie, żarówki i lampy Yeelight integrują się z asystentami od Google i Amazona, a przynajmniej tyle mam w domu, żeby to sprawdzić. W aplikacji Google Home można dodać lampę i tam się bawić jej ustawieniami, podobnie jest z Alexą. Działają też komendy głosowe.

Hi Google, turn on the lights.

Dzieciaki mają z tym sporo frajdy i nie muszą szukać pilota, by móc włączyć światło – gadanie do Alexy czy Google jest tak fajne, że nawet nie myślą o innej opcji.

Integracja z asystentką pozwala też na włączenie lampy do „rutyny”, czyli konkretne komendy wywołujące akcje, mogą nią także sterować. Gdy więc powiem do Google „it’s Movie Time”, światło zmieni się na ciepłe i przydymione. Podobnie spiąć to można z budzeniem się, kiedy lampa stopniowo i naturalnie będzie zwiększać natężenie światła.

Po czwarte, lampa Yeelight może także być częścią recept w IFTTT. A kto korzysta, ten wie, że możliwości są wtedy nieograniczone.

Wrażenia

To zaskakujące, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do takich „bajerów”. Uwielbiam to, że to światło się zmienia, że jeśli boli mnie głowa mogę je po prostu przygasić, a jeśli potrzebuję ostre światło, to wystarczą dwa kliknięcia. Chociaż wydawać się to może głupawe, ale do robienia zdjęć ciepło kolorów ma spore znaczenie i nie muszę teraz ograniczać się tylko do ustawień aparatu.

Odpowiednie światło na co dzień jest na tyle istotne, że po jakimś czasie to już nie jest bajer. To coś, czego faktycznie potrzebowaliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

Wygląda świetnie, pilot jest poręczny i co najważniejsze: tak, jest warta swojej ceny. (Ale baterii do pilota nie ma w zestawie.)


Średnica lampy: 32 cm!
Cena: ok. 270 PLN
Jeśli skorzystacie z kodu GBLED120701 dostaniecie jeszcze dodatkowe 10% zniżki.

Lampa Yeelight do kupienia jest na Gearbest. Znajdziecie ją tam w standardowym białym kolorze, ale też alternatywnych jak niebieski, czerwony, żółty czy dość szpitalny zielony. Wersje dla dzieci mają na sobie obrazki i są dostępne w trzech kolorach.

Jeśli chcecie zamówić lampę albo coś innego z Gearbestu (albo jeszcze nie wiecie, że chcecie) to sprawdźcie tę stronę, gdzie znajdziecie listę rzeczy w pobliskich magazynach, które sprawnie do Was dotrą.

Artykuł Xiaomi Yeelight Ceiling Light – smartoświetlenie do salonu pochodzi z serwisu Yzoja.

Read the whole story
Share this story
Delete

10 porad finansowych od najbogatszych ludzi na świecie

1 Share
Jak mawiał Bill Gates: „sukces jest marnym nauczycielem”. Na pewno zgodzą się z nim ci, którzy osiągnęli wiele nie dzięki przypadkowi, ale ciężkiej …

Read the whole story
Share this story
Delete

Suchar informatyczny #9

1 Share
        Dawno, bardzo dawno, nie zaglądaliśmy w najmroczniejsze zakamarki mózgów najmroczniejszych przedstawicieli ludzkości - informatyków. (Dawno w ogóle tu nie zaglądaliśmy, ale na ten fakt opuszczamy dyskretnie zasłonę zapomnienia.) Zatem suchar informatyczny na dziś:

- Co zabiera informatyk na turniej rycerski?
- Kopię zapasową.

        Gratuluję poczucia humoru tym, którzy się przynajmniej lekko uśmiechnęli. Chwała Wam i alleluja. Dzięki Wam jest jeszcze nadzieja dla ludzkości. Dla pozostałych wyjaśnienie poniżej.

        Żart powyższy… owszem, niedowiarki, to żart, nawet dość zabawny… Otóż żart powyższy oparty jest swego rodzaju grze słów. Że niby w jednym zdaniu informatyk i turniej rycerski. Turniej rycerski, wiadomo, kojarzy się z zakutymi w blachę i ciężko uzbrojonymi wojownikami, którzy niejednemu smokowi niejeden łeb usiekli. Pod zbroją na sercu mają oni podwiązkę, lub inną część garderoby, wybranki swego serca. Wybranka często nie odwzajemnia uczucia rycerza, ale rycerz się nie przejmuje, gdyż rolą rycerza jest być zakochanym bez wzajemności, a mimo to walczyć w obronie czci owej wybranki. Rycerze zatem wyglądają groźnie i są groźni, gdyż mają wielkie miecze i siedzą na wielkich koniach.
        Natomiast z drugiej strony mamy dla odmiany informatyka. Informatyka z rycerzem łączą dwie rzeczy. Informatycy też są zakuci w zbroję, choć ograniczają się do zakutych łbów. I również jak rycerze skrycie i bez wzajemności kochają swoje wybranki. Taka zatem zabawna gra słów.

Co?
Że kopia zapasowa?
Nie wiem co robi kopia zapasowa w tym dowcipie. Niczego nie wnosi i nie jest to w ogóle zabawny dodatek.


Read the whole story
Share this story
Delete

1994. rysunek o dress code

1 Share

Dress code

Read the whole story
Share this story
Delete

Nowa fizyka

1 Share
Poczynania Podlewskiego zaczęłam obserwować od czasu, gdy publikował w wydawnictwie Studio Trusso, więc gdy na horyzoncie pojawiła się Głębia, natychmiast zamówiłam w zaprzyjaźnionej księgarni. A potem mnie wciągnęło.


zdj. Dominika Kosk Fotografia
Myrton Grunwald kupił Czarną Wstęgę pod wpływem impulsu. Statek-widmo zagubił się podczas skoku głębinowego i nigdy nie wrócił całkowicie, a to spowodowało, że narosło wokół niego wiele mitów i legend. Myrton to alkoholik, a jego załoga to... Dziwna zgraja podejrzanych indywiduów, jak to powiedziała kapitan Amelia w Planecie skarbów.

Przestrzenią, w której rozgrywają się wydarzenia jest Wypalona Galaktyka. To Mleczna Droga po tragicznych wojnach, po przejściu plagi, które ją całkowicie zniszczyły. Minęły tysiące lat od teraz. To, co przetrwało, jest zamieszkane przez kilka sekt - Elohim, Zbiór, Stripsów - które walczą o rząd dusz. Wszystkie są tak nieprawdopodobne, tak oderwane od współczesnych realiów, że mnie, jako czytelnika, skręcało z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co się wydarzyło, żeby zapełnić jakoś tę lukę między dziś a czasem akcji. Bo to, co ukształtowało mieszkańców Wypalonej Galaktyki, to nie byle jakie tornado. Wszyscy ludzie są w jakimś stopniu cyborgami, nie mogą istnieć bez wspomagającej elektroniki, która - podobnie jak DNA - pochodzi od rodziców i buduje dzieci od czasów prenatalnych, by stać się niezbędnymi elementami ciała jak kończyny czy  zmysły.

To co wyróżnia Głębię na tle innych space oper to bohaterowie. Od kapitana Grunwalda począwszy, na postaciach epizodycznych skończywszy. Każdy ma swoją historię, niezwykłą i wciągającą. Dzięki retrospekcjom czytelnik wie doskonale, jaką drogę przeszedł każdy, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest teraz - dlaczego Erin Hakl porzuciła karierę wojskową, Pinsleep Wise siedziała w psychiatryku, a Hub Tansky pali! W sercu statku! Prawdziwe neopety! A ostatecznie - jak Grunwald stracił poprzedni statek.

Na osobną wzmiankę zasługuje fizyka tego świata. Jeśli uważacie, że do pokonywania dużych kosmicznych odległości służą silniki nadświetlne, bo tak pokazywały Gwiezdne wojny i Star Trek, to porzuć wszelką nadzieję. Amerykańskie badania dowodzą, że wszechświat można pokonywać dzięki kieszonkom czy też zakładkom w nadprzestrzeni, dzięki którym dwa odległe miejsca znajdują się  przez chwilę na tyle blisko siebie, by po prostu statek przeniknął tam, gdzie powinien. Obowiązuje jednak jedna zasada - załoga musi być w tym czasie nieprzytomna. Bo jeśli widzisz Głębię, to Głębia widzi Ciebie. A Ty tego nie chcesz.

Podsunęłam książkę mężowi  (nie wiem dlaczego on zawsze zabiera książki, które ja dzielnie kupuję) i też mu się spodobała - na tyle, by napisać kilka słów od siebie! Więc poniżej męskim okiem.

Dla mnie osobiście ważną cechą gatunku science fiction było zawsze szukanie odpowiedzi na pytanie jak ludzie czy ludzkość poradzą sobie w obliczu nowej, przełomowej technologii, odkrycia, lub na przykład kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Głębia zdaje się zaczynać w momencie, w którym odpowiedź na to pytanie już padła i stąd historia toczy się w świecie Wypalonej Galaktyki, cmentarzysku Drogi Mlecznej, skazanej już na śmierć w Wypaleniu.
Nie jest to jednak całkiem martwy świat i ludzkość powoli odbudowuje swoją cywilizację, czy raczej jej ośrodki, których jest więcej niż jeden. Lecz jak to z cmentarzyskami bywa, więcej tajemnic jest w nich pogrzebanych niż odkrytych. I w toku opowieści okaże się, że wszystkie one mogą wrócić i ugryźć rzeczywistość w tyłek i to w zaskakujących konfiguracjach.
W takim otoczeniu poznajemy Myrtona Grunwalda i jego dysfunkcyjną załogę. Muszę przyznać, że jest to ciekawa zgraja, w dodatku los (czy też może jest to czyjś głębszy plan) stawia ich w centrum wydarzeń, które powinny ich przerosnąć. Zarówno jako jednostki i przede wszystkim jako grupę. Ciekawie jest oglądać jak stawiają (lub nie do końca) czoło przeciwnościom, jednocześnie poznając ich historie.
A każda z nich jest ważna i to właśnie ten ludzki element w obliczu absolutów, których z czasem pojawia się coraz więcej czyni tę opowieść w moim odczuciu ciekawą.
Mocne wydają się też podstawy naukowe, nie jestem w stanie dokładnie tego ocenić ale większość "towaru" po prostu do siebie pasuje. Mamy tu i tytułową głębię i zagięcia czasoprzestrzeni. Ludzie poprzez technologię Personali, zakodowanego w DNA interfejsu do obsługi wszechobecnej technologii, są czymś więcej niż dzisiaj i jednocześnie (w większości, ale nie wszyscy) pozostają tacy sami jak my. Można by teraz wymienić wszystkie sekty ludzkości i opisać czym są, wspomnieć o SI, o Obcych oraz o istotach transgresyjnych, które osiągnęły wyższy stan świadomości i w jaki sposób wszystko to doprowadziło do powstania świata, który poznajemy oczami Myrtona i innych. Jednak uważam, że o wiele ciekawej będzie samemu odkrywać te wszystkie tajemnice. Dla mnie osobiście Głębia to zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów ostatnim czasie na rynku wydawniczym.

autor: Marcin Podlewski
tytuł:
Glębia. Skokowiec
wydawnictwo:
Fabryka Słów
data wydania: 2015
Read the whole story
Share this story
Delete

„Solaris” Lema zwyciężyło w plebiscycie radiowej Trójki na najważniejszą polską książkę stulecia

1 Share
Znamy wyniki plebiscytu zorganizowanego przez radiową Trójkę z okazji stulecia odzyskania niepodległości. Słuchacze Programu 3 mieli wybrać spośród stu najważniejszych polskich książek wydanych po 1918 roku tę jedną, najważniejszą. Łącznie oddano ponad 21 tysięcy głosów. W plebiscycie zwyciężyło „Solaris” Stanisława Lema, a na kolejnych miejscach znalazły się: „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. […]
Read the whole story
Share this story
Delete
Next Page of Stories