613 stories
·
0 followers

Jak emigracja zmienia ludzi!? Wpis bardziej niż osobisty.

1 Share
Właśnie mija czwarty rok, jak osiedliliśmy się we Flandrii. Potem zaczęłam pisać tego bloga, bo nagle poczułam taką potrzebę spisywania pierwszych chwil z naszego życia na obczyźnie.

Zaczęłam publikować ten mój pamiętnik z myślą o rodzinie i znajomych. Pisali bowiem do mnie i dzwonili wszyscy po kolei, bo chcieli wiedzieć co słychać, jak nam się układa itd, a że wkurzające jest powtarzanie tego samego po pierdyliard razy, gdy już człowiek nie wie, co komu mówił i jednemu po setny raz obowiada jak debil to samo, a drugi w tym momencie się żali, że czegoś nie wie.
Pomyślałam, że będę pisać i opowiadać o tym, co robimy, jak sobie radzimy, w jakie kłopoty się wpakowaliśmy, co odkryliśmy, jakie są tu zwyczaje, jacy ludzie i w ogóle wszystko o tym jak żyje się w Belgii, bowiem spora część moich znajomych nigdy tu nie była.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Spodobało się. Dostałam wiele mejli i wiadomości na FB od znajomych (także tych, z którymi od lat nie miałam kontaktu), że to fajne,  żebym pisała dalej, niektórzy podpowiedzieli, co powinnam zmienić i dlaczego... To było miłe. 

Z czasem jednak zauważyłam  iż te osoby, dawni znajomi, rodzina przestają rozumieć, o czym ja tu mówię i wielu zapewne już tu nie zagląda. Zaczęły się za to mejle i komentarze od obcych osób, które albo mieszkają w tym kraju albo zamierzają tu przyjechać. Ci pierwsi w moich tekstach zobaczyli swoje pierwsze doświadczenia na emigracji,  drudzy odkryli kilka wskazówek i ciekawostek na temat swojego przyszłego domu. Powoli zaczęłam pisać bardziej w kierunku tych drugich, bo pomyślałam, że jak opiszę tu problemy z jakimi się spotykamy i w jakie się pakujemy nie wiedząc czegoś o tym kraju, to może komuś pozwolimy ich uniknąć, bo już będą mądrzejsi o moje informacje.

Od znajomych słyszę coraz częściej, że zagranica mnie zmieniła, że wielka już ze mnie belguska...
tam się wychowałam i nie zapomnę tego miejsca nigdy, choć wielu chce mi to wmówić

Zagranica zmienia ludzi. Dlaczego?

Człowiek zmienia się całe życie,  rozwija się fizycznie,  emocjonalnie, duchowo, dorasta, uczy się, doświadcza. Poznając świat i doświadczając różnych przeżyć, wrażeń, emocji zmienia się. Przeważnie owe zmiany są minimalne, nawet ich nie zauważymy ani u siebie ani u innych. Bardziej zauważamy je, gdy kogoś nie widujemy na co dzień.  Każda mama wie,  że czyje dzieci rosną szybciej, bo własnym tylko ubrania się kurczą...

Jednak są w życiu wydarzenia, które mogą zmienić człowieka całkowicie i to w bardzo krótkim czasie.
Śmierć, choroba, wypadek, pożar czy inna tragedia może spowodować że człowiek osiwieje w ciągu jednej nocy, że pogodna wesoła, szczęśliwa istota stanie się w ciągu kilku zaledwie chwil wrakiem człowieka.

Człowieka zmieniają też takie zwyczajne rzeczy jak ślub, rozwód, narodziny dziecka, rozpoczęcie pracy lub jej strata, przejście na emeryturę, wygrana w totolotka lub nagła strata majątku.
Weźmy tu powszechną rzecz i wesołą jak narodziny dziecka. Czy to nie zmienia ludzi? Każdy rodzic niech sobie sam na to pytanie odpowie wyliczając wszystkie rzeczy, z których zrezygnował dla dziecka, które jest w stanie dla dziecka zrobić a które wcześniej by mu nawet do głowy nie przyszły... 
Czy matka (normalna - patologii nie biorę pod uwagę) lata po dyskotekach i wraca nad ranem? Czy matka idzie spać kiedy chce i robi co chce, gdzie chce i z kim chce? Czy matka spotyka się chętnie z niedzieciatymi niemężatymi Czy z kolei nie-matka była by skłonna obwąchiwać pupę jakiegoś dziecka czy tym bardziej ją całowała? A fu! A czy dla matki to normalna rzecz? Ba.

Bardzo łatwo przychodzi nam oceniać ludzkie postępowania, gdy chcemy ich mierzyć swoją miarą nie doświadczywszy tego samego co oni.

Czy zatem mnie zagranica zmieniła? 

Nie, no niby czemu by miała? Przecież żyję sobie dalej jak żyłam przez te 35 lat w Polsce. Mieszkam wśród Polaków, gadam po polsku z wszystkimi wszędzie, płacę złotówkami i to  gotówką, na oczy nie widziałam Araba, Chińczyka, Portugalczyka, Belga i całej reszty świata, nie słyszałam też żadnego innego języka, w sąsiednim mieście nie było żadnego zamachu, a jedynym zagrożeniem jest zamknięcie Biedronki w okolicy, w sklepach kupuję polskie produkty, by gotować polskie jedzenie, spotykam się z rodziną na każde święta i pomiędzy nimi, w urzędzie pracy proponują mi pracę budowlańca która jest jedyną ofertą w mojej okolicy, jak pracuję to zarabiam 1500 zetów (300€), za które nie stać mnie kupić nawet podpasek, bo wszystko wydam na opłaty i kredyty za lodówkę, czy coś w tym stylu.

Nie! Od 4 lat żyję w zupełnie innym świecie, w innych warunkach,
- gdzie musiałam zmienić każdą część mojego życia, 
- gdzie musiałam zweryfikować wiele poglądów na temat świata i życia, jeśli nie większość, 
- gdzie mogę liczyć tylko na siebie, mojego męża i dzieci oraz obcych ludzi, z którymi nawet czasem dogadać się nie mogę, 
- gdzie moje dzieci do 'obcych' kobiet mówią ciociu, a mnie 'obce' dzieci nazywają ciocią a wszystkie inne mówią po imieniu, 
- gdzie rzadko spotykam ludzi mówiących po polsku,
- gdzie strach jechać do dużego miasta, bo można zostać wysadzonym w powietrze albo przejechanym przez tira, ale trzeba jeździć
- gdzie każdy od małego do starego żyje według tego samego schematu i z kalendarzem w ręku, 
- gdzie nie ma czasu na głupoty, bo trzeba sie dużo uczyć albo dużo pracować, albo i to i to
- gdzie każdy może pracować, jak tylko chce i zarobić na utrzymanie rodziny, 
- gdzie w każdej szkole spotyka się dzieci z całego świata, mówiące 2 lub więcej językami już do przedszkola, 
- gdzie ludzie inaczej się ubierają,
- gdzie są inne zwyczaje, inne święta, inne prawa,
- gdzie nawet klimat i pogoda są inne niż w Polsce
Tych wszystkich innych rzeczy - tak pozytywnych jak negatywnych - jest jeszcze dużo.

Ale co to ma w ogóle za znaczenie? Przecież tego typu rzeczy zupełnie nie mają wpływu na człowieka. Dlaczego miałby się niby zmienić? (SARKAZM)

Opowiadałam o tym wszystkim ze szczegółami na tym  blogu od 4 lat, z nadzieją że przybliżę i wyjaśnię mojej rodzinie, moim dawnym znajomym oraz wielu innym, którzy na obczyźnie nie byli ale może kogoś tam mają albo i sami się wybierają, że pokażę ten mój nowy  świat, problemy z jakimi się borykamy i radości jakich doznajemy. Mam jednak wrażenie, że częstokroć zdaje się to psu na buty.

Ludzie i tak zobaczą tylko to, co chcą widzieć i przeczytają tylko to, co chcą przeczytać, i będą człowieka mierzyć swoją miarą. (wiem i cieszę się, że nie wszyscy)

Łatwo jest oceniać i krytykować albo szydzić z innych jak się samemu żyje od urodzenia w tym samym miejscu i nie wyściubiło sie nosa choćby raz poza granicę Polski, jak się ma do tego pod ręką armię braci, rodziców, teściów, wujków, kuzynów, sąsiadów, szkolnych kolegów do których zawsze można zagaić, z którymi można wyjść na piwo, na zakupy, których można poprosić o pomoc, którym można podrzucicć dzieci w razie wu. Jak się nie musi po całym dniu roboty gonić na kurs językowy, by wrócić o północy a rano znowu wstać do roboty. Jak się nie trzeba martwić jak się tu dogadać z doktorem czy pracodawcą.

Tak wiem, teraz usłyszę (jak zwykle) "no to po kiego wyjeżdżałaś?" albo "wróć do Polski jak Ci tam źle", bo z jakiegoś dziwnego powodu większość nie zrozumie, że ja nie mówię o tym, że jest mi tu źle, bo NIE JEST, ale jest w cholerę inaczej. A jak jest inaczej to nie może być tak samo. Jak nie jest tak samo, to ja nie mogę być taka sama. Na Antarktydzie nie da się chodzić w samych majtkach a na równiku nie da się chodzić w futrze, czyli jak gostek spod bieguna przyjedzie do ciepłych krajów to musi zmienić swoje przyzwyczajenia i zacząć chodzić w samych majtkach. Prościej się już chyba nie da tego wytłumaczyć.

Choć podejrzewam, że ktoś kto emigracji nie doświadczył nigdy nie zrozumie też tego, jak się tu tak na prawdę żyje i jakich wyborów trzeba dokonać.

Wkurza mnie też bardzo często, że ludzie popadają w skrajności. Nie no sorry czy to jest normalne?
Powiesz że w Belgii jest fajnie, podoba ci się to, tamto, owamto to momentalnie usłyszysz z Polski (albo od innych Polaków na emigracji) "o proszę jaka wielka belguska, zapomniała już skąd pochodzi" i takie tam sratytaty. Tja bo jak mi się podoba rynek w Leuven to na 100% znaczy że nienawidzę rynku w Krakowie i sram nma swoją wieś. Logiczne bardzo :-) Tak samo jak to, że każdy kto lubi Bożenarodzenie nienawidzi Wielkanocy.
Napomkniesz o swoich problemach, czy skrytykujesz jakiś element Belgii, natychmiast słyszysz z Polski szyderstwa i docinki "to po co wyjechałaś, jak Ci tam źle?", "wróć do Polski, debilko".

Dokonałam wyboru sama dobrowolnie bez przymusu. Wyjechałam i jest mi tu dobrze. Nie znaczy to jednak, że Polska przestała dla mnie istnieć. Widzę wiele rzeczy, które tutaj są o niebo lepsze - jak choćby zarobki czy w ogóle możliwość znalezienia pracy - i będę  o tych rzeczach mówić, bo cholera jasna zwyczajnie się cieszę, że są mi dane, że możemy dzięki nim normalnie, dobrze żyć. Czy ja mam prawo się cieszyć? Bo może jak zostawiłam ojczyznę to już mam się tylko umartwiać?

Widzę też wiele rzeczy które są tu okropne, denerwujące, czy dziwne i o nich też czasem mówię, choć jako urodzona optymistka zawsze jednak widzę tę szklankę do połowy pełną.

Myślę czasem o Polsce, o rodzinie. Nie ukrywam jednak, że nie za często, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie siedzę na bezrobociu i nie pierdzę w stołek przed telewizorem tylko mam sporo zajęć - robota, dzieci, mąż, zwierzaki, chałupa, sprawy urzędowe, zdrowotne, no jest na prawdę co robić przez cały boży dzień (piszę o tym, więc każdy wie). Potrzebuje też chwil dla siebie - spanko, jedzonko, jakaś książka, jakiś film - jak każdy.

Chcemy tu żyć. Więc żadne z nas nie może sobie pozwolić na bezrobocie i inne obijanie, bo musimy zapracować na nasze emerytury i to w krótkim czasie bo już swoje lata mamy. Musimy zasuwać ile się da, a jednocześnie mieć na uwadze, że musi nam zdrowia i sił starczyć na kolejne 20 lat do emerytury. Musimy mieć na uwadze, że zanim nasz najmłodszy synio stanie się pełnoletni, my będziemy po 50tce i zdało by sie dożyć w jakotakim zdrowiu do tego czasu. W sumie to powinniśmy wpłacać sobie na dodatkową  emeryturę, powinniśmy też oszczędzać, ale nie po uciekliśmy z tej podkarpacko-lubelskiej biedy, by teraz znowu jeść chleb z musztardą, jeździć starym gruchotem i mieszkać w jakiejś klitce. Postanowiliśmy choć trochę pocieszyć się życiem, poużywać, pobawić się, pozwiedzać, bo cholera wie, czy dożyjemy tej emerytury, czy dożyjemy choćby następnego roku, kto wie, czy za rok nie zacznie się wojna czy inna tam katastrofa nie wyniknie (żyjemy w ciekawych czasach i wszystko może się zdarzyć), kto wie, czy zdrowie nam nie padnie całkiem (nie młodniejemy)?

Zamieszkując tutaj, trzeba dokonać wielu wyborów i z czegoś zrezygnować na koszt czegoś innego. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.
Za granicą jest różnie - tak samo jak i w ojczyźnie - wszystko zależy od naszego szczęścia, umiejętności odnajdowania się w różnych sytuacjach  i sposobu postrzegania świata.

Najważniejsze jest jednak to, czego tak na prawdę człowiek musi doświadczyć na własnej skórze, co musi przeżyć - ile go to kosztuje strachu, obaw, nerwów, nieprzespanych nocy, łez, zmęczenia,  bólu, tęsknoty,  wstydu, upokorzeń, cierpienia.

Zacznijmy jednak od tego, że są różne rodzaje emigracji. Każdy wyjeżdża z innym nastawieniem. Na przykład są ludzie, którzy zostawiają wszystko: dom, małżonka, dzieci i wyjeżdżają na jakiś określony czas. W niektórych przypadkach jest to tylko kilka miesięcy, w innych kilka długich lat z przerwami dłuższymi lub krótszymi. Ja doświadczyłam tylko kilku miesięcy rozłąki i pamiętam, że tęsknota była ogromna z obydwu stron. Pozytyw taki, że jedna strona może sobie cały czas żyć po staremu i niczego nie musi zmieniać. No nie, przepraszam, musi przejąć obowiązki tego co wyjechał, ale to ciągle pikuś w porównaniu z własną emigracją.

Inna grupa emigrantów to tacy, którzy wyjeżdżają razem, ale na określony czas, czyli z zamiarem powrotu. Ci mają zwykle ten komfort, że zostawiają sobie otwarte drzwi. Uda się to okej, nie uda się to potraktujemy to jak przygodę i wrócimy.

W końcu są tacy jak my, którzy wyjeżdżają na zawsze, którzy przekraczając granicę palą za sobą mosty, którzy nie zostawiają w kraju nic, bo zwyczajnie niczego nie mają, którzy nie mają dokąd wrócić w razie niepowodzenia.

W emigrowaniu z kraju niezmiernie ważne jest też, czy po tej drugiej stronie ktoś na nas czeka. Są bowiem ludzie, którzy jadą do kogoś - rodzeństwa, rodziców, przyjaciół, emigranci którzy wiedzą że tam na obczyźnie będą mogli liczyć na pomocną dłoń i jakieś wsparcie. Są też tacy, którzy przekraczając granicę wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie i łut szczęścia. Na nas nie czekał nikt.

Emigracja to ogromne przeżycie dla każdego.

Na blogu opowiadam o naszym życiu codziennym, a mniejszych i większych problemach, przy czym staram się to życie przedstawić z jak najlepszej strony, a problemy przedstawiam w formie zabawnych anegdotek lub przygód. Staram się nie narzekać na nic ani na nikogo, bo nie lubię jak inni narzekają na wszystko. Staram się nikogo ani niczego nie krytykować, bo nie lubię jak ludzie krytykują moje postępowanie czy pomysły. Staram się być obiektywna, ale od czasu do czasu pozwalam sobie na bardzo osobiste potraktowanie danego tematu i od czasu do czasu sobie też pobiadolę albo coś skrytykuję, bo mi wolno :-)

Belgię i życie nasze w tym kraju przedstawiam w bardzo jasnym świetle, bo tak je widzę, tak je chcę widzieć i - powiedzmy sobie szczerze - tak je MUSZĘ widzieć, bo to jest teraz mój dom i moje życie, innego nie mam i mieć nie będą raczej, więc każdego dnia, w każdej sytuacji, w każdych okolicznościach doszukuję się pozytywów. Nie robię tego dla was, nie robię tego dla popisu, robię to dla siebie samej. Jeśli w najgorszym bagnie uda mi się znaleźć suche miejsce - jestem uratowana, jeśli w największych kłopotach znajdę pozytywną stronę - już wygrałam.

Nigdy jednak nie opowiadam tu wszystkiego, nigdy nie zdradzam najgłębszych i najtrudniejszych uczuć, nigdy nie opowiadam o najtrudniejszych problemach, bo są rzeczy o których nie chce się lub nie powinno mówić publicznie.

Mam jednak za sobą wiele nieprzespanych nocy, wiele dni zwątpienia w siebie i w powodzenie tej życiowej misji, wiele dni, w których umierałam ze strachu o nasze zdrowie fizyczne jak i psychiczne, wiele dni, gdy chciałam zawołać: PIERDOLĘ* TO WSZYSTKO, nie idę dalej!!!  Ale nie ma nikogo, kto by moje życie za mnie przeżył i kto byłby mamą dla moich dzieci.

Jesteśmy tu sami w pięcioro. Na początku nie mieliśmy tu nikogo, na czyją pomoc moglibyśmy liczyć. Nie znaliśmy ani jednego słowa w tutejszych językach a wszystko musieliśmy sami załatwić. Żeby coś załatwić to najpierw trzeba wiedzieć co i gdzie, a my nie mieliśmy nikogo, kto by nam podpowiedział, nie mieliśmy też dostępu do internetu, żeby sobie to wyguglować czy przetłumaczyć. Ludzie się obiadolą jeśli przyjdzie im w swoim kraju coś załatwić, bo ciężko się dowiedzieć gdzie i co a urzędnicy odsyłają gdzie indziej. Ale w swoim kraju masz znajomych, rodzinę a i każda przypadkowa osoba może ci podpowiedzieć to i owo. Za granicą nie masz nikogo i do tego nie umiesz mówić.

Czy myślicie, że taka sytuacja  nie ma żadnego wpływu na człowieka, na jego psychikę? To spróbuj sobie wyobrazić, że nagle budzisz się rano i okazuje się, że mówisz po chińsku, że nie rozumiesz ani słowa po polsku. Jak wyglądał by twój dzień? Czy udało by ci się załatwić w swoim banku kredyt? Czy wytłumaczyłbyś lekarzowi co dolega dziecku? Jak poradziłbyś sobie na wywiadówce swojej pociechy? Jak szybko trafiłbyś byś do psychiatry i jak byś się z nim dogadał? ;-)

Gdy możesz liczyć tylko na siebie w końcu przestajesz w ogóle myśleć o innych. 

Gdy w swojej emigracyjnej samotności stajesz przed jakimś problemem, nie myślisz kto mógłby ci pomóc, kto miał już taki problem, kto mógłby coś wiedzieć na ten temat, bo nikogo takiego nie ma. Jesteś sam. Nikt ci nie pomoże, sam sobie musisz poradzić. Nie możesz tego z nikim przedyskutować, bo jesteś sam. Trzeba się nauczyć z tym żyć, a jak się człowiek nauczy to raczej nie oduczy się tak szybko. Rodzina i znajomi pomyślą pewnie, że nagle się z ciebie straszny snob i mruk zrobił, bo nagle nie rozmawiasz z nimi o swoich problemach, nie prosisz o poradę, opinię jak zwykłeś to czynić wcześniej.

Tymczasem realia życia tu i tam są całkiem inne. Nie tylko zarobki, standard życia, ale prawo, oczekiwania społeczne, zwyczaje, system szkolny, a nawet przepisy kulinarne, czy klimat.

Nagle przestajesz rozumieć o czym mówią twoi dawni znajomi, a oni przestają rozumieć twoje problemy.

W tym kontekście wielkie znaczenie ma na jakich zasadach wyjeżdżamy i jak często bywamy w Polsce. Jeśli ktoś zamierza wracać po jakimś czasie, chce być cały czas na bieżąco, nie może sobie pozwolić na utratę kontaktu z ojczyzną, przy każdej nadarzającej się okazji jedzie do Polski, troszczy się by dzieci chodziły do polskiej szkoły, mniej znaczenia zaś przywiązuje do integracji i poznawania obczyzny, bo myśli o powrocie. Tymczasem ludzie, którzy postanowili związać życie z obczyzną więcej uwagi muszą poświęcić nowemu miejscu. Dlatego ja każdą wolną chwilę poświęcam na integracją, naukę języka, poznawanie Belgii, tutejszych tradycji, zwyczajów, prawa, uczestniczę w  życiu wsi, szukam nowych znajomości wśród autochtonów, zależy mi by dzieci mówiły i pisały bardzo dobrze po niderlandzku, bo to jest nasza i ich przyszłość.  Staramy się jak najwięcej pracować, bo musimy dorobić się jakiejś emerytury. Żyjemy na pełnych obrotach, z kalendarzem w ręku, pochłonięci codziennymi problemami i integracją  mamy coraz mniej czasu by dzwonić do Polski. Wyjazdy są z kolei dla nas zbyt kosztowne  i męczące. Im mniej mamy kontaktu z ojczyzną, tym mniej o niej wiemy, tym bardziej jesteśmy do tyłu. Im mniej wiemy, tym trudniej zrozumieć problemy rodziny, a rodzinie trudno zrozumieć nasze.

Rodzina zarzuca ci że zapomniałeś, gdzie się wychowałeś.

Doprawdy uważacie za normalne, że jak komuś nagle życie zacznie się lepiej układać, będzie każdego dnia wspominał z tęsknotą te momenty, gdy nie miał co do gara włożyć, za co butów czy antybiotyku dzieciom kupić, że będzie z czułością rozpatrywał jak to samotnie kładł się do łóżka przez kilka lat? Było oczywiście w moim życiu masę cudownych, pięknych i miłych chwil, które wspominam co jakiś czas oglądając albumy ze zdjęciami. Jednak musicie wiedzieć, że gdy przekracza się granicę z wilczym biletem w ręku, to lepiej nie oglądać się do tyłu. Gdy nie można wrócić, bardzo trudno wraca się w myślach do chwil minionych.

Czasem dla własnego dobra lepiej jest myśleć o tym co złego nas w kraju spotkało niż o dobrych chwilach. Wtedy łatwiej jest pokochać nowe miejsce i zbudować nowy dom wśród obcych ludzi. Czasem lepiej zapomnieć. 
Łatwo się wytyka komuś coraz rzadsze kontakty z rodzinnym gniazdem, gdy mieszka się tuż obok brata, siostry, ciotek, babć, wujków, dziadków, kolegów z którymi się kopało piłkę za gówniarza, dawnych nauczycieli, sąsiadów których zna się od dziecka, gdy widuje się znajome pyski każdego dnia w domu, sklepie, szkole, kościele, pociągu, gdy wystarczy przejść dwa kroki lub wyjrzeć przez okno by z nimi pogadać.

Bardzo trudno jest czasem rozmawiać przez telefon czy skype z bliskimi, których nie masz szans zobaczyć w najbliższym czasie.

Z jednej strony jest miło usłyszeć znajomy głos, powspominać stare dzieje, posłuchać nowin, popatrzeć jak dzieci rosną, z drugiej strony, gdy człowiek sobie uświadamia, że oni tam wszyscy są razem, gadają ze sobą każdego dnia, świętują razem urodziny, zasiadają do wigilijnej kolacji, kłócą, obrażają na siebie  i godzą, odwiedzają się, pomagają sobie w remontach, odwiedzają w chorobie, robią sobie psikusy, a my tu całkiem osobno już nigdy z nimi nie będziemy dzielić tych chwil wesołych i smutnych to robi się trochę ciężko na sercu. Do tego dochodzi wspomniane wcześniej coraz częstsze niezrozumienie wzajemne.

Do tego dochodzi bolesny temat odwiedzin.

Jakoś tak się przyjęło, że to na emigrancie spoczywa obowiązek odwiedzania rodziny w Polsce. Niestety nie rozumiem dlaczego? Bo co? Z zagranicy do Polski bliżej? Emigrant ma podróż za darmo? Emigrant ma więcej czasu? Pewnie że zarabiam więcej niż w Polsce i łatwiej mi uzbierać na wakacje, ale niestety pracuję na ten luksus ciężko, nie dostaję tu nic za darmo a koszty życia są dużo większe niż w ojczyźnie, a czasu wolnego dużo mniej. To nie jest tak że dla emigranta wyjazd do Polski to jak skoczyć po bułki do biedry. Dla mnie na dzień dzisiejszy jest to praktycznie niemożliwe. Samolotem nie polecę - dowód mam nieważny i najpierw muszę postarać się o obywatelstwo a to może potrwać (lub wyrobić paszporty a to spory koszt i potrzeba czasu, którego nie mam). Auto odpada ze względów zdrowotnych - od leżenie i pierdzenia w stołek mam problemy z wysiedzeniem w aucie już przez 100km, po czym wyczołguję się z bolącymi plecami i ścierpniętymi rękami jojcząc i przeklinając mój wiek. Autobus - j/w plus choroba lokomocyjna. Pociąg był jedyną sensowną możliwością dopóki nie zlikwidowali większości połączeń - 30 godzin w podróży z 5 przesiadkami za kilkaset ojro od osoby to nie dla mnie już niestety.
Marzyło mi się (marzenie są zawsze za darmo i wolno mi marzyć o wszystkim), że chodź raz mnie ktoś z Polski odwiedzi, jak czynią to znajomi moich znajomych, ale najwidoczniej nie jestem tego warta. Rozumiem to doskonale - zawsze byłam anormalna i aspołeczna to nie powinnam się dziwić teraz. A jednak... nie zawsze rozumiem.

Proste sprawy mogą być powodem wzajemnego niezrozumienia.

Opowiadam na blogu o tym, jak żyje się tutaj, jakie są zwyczaje i oczekiwania, by przybliżyć najbliższym, trochę dalszym i zupełnie obcym nasz świat. Niestety wielu rzeczy nie da się opowiedzieć i pokazać, jeszcze więcej nie da się zrozumieć, jeśli się ich nie doświadczy. Dlatego już dziś coraz trudniej mi się rozmawia z tymi co zostali, bo to co dla nas tu jest rzeczą normalną, zwyczajną i oczywistą, w Polsce może być przejawem niezdrowej fanaberii. I odwrotnie - co w Polsce jest normą, tutaj może być już dziwactwem. To są różne światy. Przy tym o ile na początku ja wiedziałam jak jest z tym czy tamtym w Polsce i mogłam się do tego ustosunkować tak dziś już nie bardzo ogarniam polskie realia. Przez 4 lata zmieniło się bardzo dużo, ale skąd ja to mam wiedzieć?

Nie jesteśmy w stanie być na bieżąco z polskimi realiami żyjąc w belgijskich  i nie bywając w ojczyźnie.

Mieszkam w Belgii czwarty rok. To mimo wszystko kupa czasu. Żyję według tutejszych wytycznych, przestrzegam tutejszego prawa i tutejszych zwyczajów,  poruszam się po belgijskich drogach, przebywam głównie wśród Belgów, mój mąż pracuje z Belgami w belgijskiej firmie, dzieci mają tylko belgijskich znajomych coraz więcej gotuję według belgijskich przepisów, czytam belgijskie gazety o wydarzeniach w Belgii, zarabiam w euro i wydaję w euro, leczę się u belgijskich doktorów i czeszę u belgijskich fryzjerów i tak długo mogłabym jeszcze wymieniać, bo każdy aspekt życia związany jest teraz z Belgią, gdyż tu właśnie mieszkam, a do tego nie mam zbyt wiele kontaktu z rodakami. Dlatego coraz mniej wiem, jak coś wygląda w Polsce i nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że z każdym dniem wszystko się zmienia, a im więcej dni mija,  tym z zmienia się bardziej.

Nie mam tu zbyt wielu polskich znajomych, a ci których mam też żyją tutejszym życiem. Gdy ze sobą rozmawiamy, to tematami wiodącymi są nasze bieżące problemy. Gadamy o naszych dzieciach, o szkole, wymieniamy się wrażeniami z ostatniej wizyty u ginekologa, przepisami na szybki obiad, narzekamy na mężów, sąsiadów i pomysły nauczycieli. Tak samo jak w Polsce z tym tylko, że w naszych rozmowach można usłyszeć dziwne wyrazy i pokręcone zdania.

Nasze polskie dzieci używają w domu spolszczonych wyrazów z języka którym posługują się w szkole, a my rodzice bardzo szybko od nich to przejmujemy i tym pomieszanym językiem rozmawiamy w domu i z polskimi znajomymi. Dzieje się tak dlatego, że niektóre wyrazy są łatwiejsze do powiedzenia po obcemu niż po naszemu albo zwyczajniej fajniej brzmią. Niektórych słów często używa się w szkole a rzadko w domu i zwyczajnie zawsze siedzą na wierzchu i same się na język pchają. U nas np na stałe przyjęły się "boekentas" (tornister), "wiskunde" (matma), "godsdiens" (religia), "knoflook" (czosnek), "pompoen" (dynia) i wiele innych. Nigdy nie pytam o wynik testu z matematyki - zawsze z wiskunde, a mąż zawsze kupuje knofloka, bo nazwa przez 4 lata nie przestała nas bawić. Młoda wspominała nawet, że będąc w Polsce kazała ciotce włożyć coś "do bukentasa" i ciotka z jakiegoś dziwnego powodu niezrozumiała hahaha. Ten mieszany język to też chyba coś w rodzaju emigranckiego slangu, który łączy nas emigracyjnych rodziców :-)

Kto zastanowił się choć przez pięć minut nad tym,  co czuje ten który wyjechał za granicę? Mieszkałam długie lata w Polsce i patrzyłam na tych co wyjeżdżali, przyjeżdżali i - nie będę tu cyganić - nigdy się nie zastanawiałam nadmiernie jak oni się tam czują, jak tak na prawdę żyje się za granicą. 

Wystarczyło mi to co widziałam. Co widziałam ja? Że mają więcej kasy. Że inaczej się ubierają. Że przyjeżdżają i budują sobie domy. Że jadą na narty. Że mają nowy samochód i inne wizualne rzeczy. Że trochę inaczej zaczęli mówi i się zachowywać. Wydawało mi się, że popisują się, że chcą zaszpanować, zabłysnąć, pokazać swoją inność. No niektórzy na pewno robią szoł i się popisują, ale to zwykle tacy, co mają troszkę mało rozumku, a co byli za granicą raptem cały tydzień na zbiorach pomidorów z innymi rodakami i nawet  tej zagranicy tak na prawdę nie widzieli...

Przez 35 lat mieszkałam w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, borykałam się z podobnymi problemami, nie wiedziałam nic o innym świecie, bo skąd miałabym wiedzieć. Jak oglądałam czy czytałam o życiu w innym miejscu czy innym czasie to było to owszem ciekawe, ale nadal tak na prawdę nic nie wiedziałam. Czy jak wam opiszę, jak smakują małże z frytkami i majonezem oraz prześlę wam zdjęcie to poczujecie ich smak? 

Ludzie nie opowiadają o tym co przeżyli i co czuli, czego doświadczyli, bo się wstydzą albo boją obgadywania. Tacy, co jak ja opowiadają o tym co czują, co myślą, którzy o zgrozo przyznają się do własnych błędów  i wpadek są wyzywani od czubków. W Polsce bowiem każdy chce uchodzić za twardziela i superbohatera (nie tylko pewnie w Polsce), bo inaczej zrównają go z błotem. W Polsce nie wolno przyznać się że jest ci źle, że masz jakiekolwiek problemy, bo będą z ciebie szydzili i pokazywali palcami. W Polsce nie możesz się też przyznać, że nie masz pieniędzy, bo to znaczy że jesteś nieudacznikiem i tępym Johnem, albo skąpcem, cyganem i krętaczem. Gdy ktoś pyta, jak ci tam za granicą to mówisz "dobrze" i to jest koniec tematu. Nikt się nie dopytuje, a ty nie wyjaśniasz, bo po co mają ci dupę obrabiać i snuć chore domysły, jak tylko się odwrócisz. Zresztą widzą, że jest dobrze, bo jak ma nie być dobrze, skoro nową bryką prosto z salonu zajechałeś, skoro ty i twoje dzieci w markowych ciuchach się lansujecie.... bo każdy widzi tylko to co chce widzieć. Kogo obchodzi, że w twoim kraju utrzymanie starego auta jest droższe niż zakup nowego. Kto pomyśli, że te markowe ciuchy to de facto najtańsze ubrania dostępne w twojej okolicy i to kupione za równowartość paczki chipsów na letniej czy świątecznej wyprzedaży. Każdy widzi, to co chce widzieć.

Opowiadam na moim blogu jak nam się żyje, bo chcę to życie trochę przybliżyć i pozwolić zrozumieć tym co zostali tych co wyjechali. 

Emigracja to trudne doświadczenie życiowe, które zmienia nas i to bezpowrotnie. 

Piszę czasem, że tu w Belgii jest np łatwiej coś kupić, nawet auto, nawet dom są w zasięgu przeciętnego człowieka. Opowiadam, że są różnice w cenach poszczególnych rzeczy, że np te markowe ciuchy które w Polsce są tylko dla zamożnych tutaj są zwyczajnie najtańsze, a dla zamożnych są takie, których w PL nawet nie ma pewnie. Co to jednak oznacza dla Polaka, który postanawia zamieszkać w Belgii? Większość powie no SUPEROWA SPRAWA a może nawet pozazdrości, a przyjdzie komuś do głowy, że z tym faktem trzeba się nauczyć żyć? Tak, to wcale nie jest proste ogarnięcie całkowicie innych warunków ekonomicznych. Kupię se markową bluzkę za 3 euro ale za fryzjera zapłacę 100€. To jest duży szok. Zrozumienie i poznanie całego rynku trwa miesiącami, latami. Zanim człowiek to ogarnie choć w minimalnym stopniu, czuje się zwyczajnie zagubiony i skołowany. Zwyczajnie nie wie się na początku na co cię tak na prawdę stać. Wszystko stoi na głowie. Ale ludzie widzą przecież tylko, że masz nową bluzkę albo nową fryzurę...

Ale co tam ekonomia, jak całe życie toczy się tutaj trochę inaczej. Sam język. Kto zastanowi się, co to znaczy uczyć się mówić od nowa w wieku 10, 20, 40 lat? Tak to łatwo powiedzieć "mieszka za granicą już rok". Przez rok wiele się dzieje w życiu każdego człowieka. Temu się dziecko urodzi, temu się auto zepsuje 10 razy, tamten pójdzie na studia, jeszcze inny dostanie pracę lub ją straci. Dla większości jednak pewne rzeczy są ciągle stałe - mieszka w tym samym domu, je z tej samej miski, ma tych samych sąsiadów, mówi tym samym językiem, ogląda te same programy w telewizji, robi zakupy w tych samych sklepach, zna ceny, smaki, głosy, zapachy. Jednak jak się zepsuje auto albo urodzi dziecko to wiele to zmienia, prawda? A spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest gdy zmieni się wszystko, każdy najdrobniejszy detal w twoim życiu. Nagle nie znasz sąsiadów, śpisz w innym domu, jesz z innej miski, nie rozumiesz, co sąsiedzi do ciebie mówią, chleb ma inny smak, w telewizji nie ma twoich seriali, w radiu twoich audycji, w sklepach twoich ulubionych produktów, nawet głupi termometr nie działa jak w Polsce, a ty nie masz nikogo w promieniu 100 km, z kim można by pogadać, kogo można by poprosić o najdrobniejszą poradę, szklankę cukru, czy jakąkolwiek pomoc. Wiesz, że gdyby nagle dziecko spadło ze szafy to nie masz po kogo zadzwonić czy polecieć po pomoc a w pogotowiu cię nie zrozumieją. Wiesz że jesteś skazany tylko i wyłącznie na siebie i wszystkiego musisz się nauczyć sam, jak małe dziecko krok po kroku, słówko po słówku, z tym, że dziecko ma mamę, która go prowadzi za rączkę, a imigrant często nie ma nikogo. Oswajanie rzeczywistości może trwać latami, ale kto o tym myśli żyjąc sobie ciągle w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi, walcząc ze swoimi problemami? Ja nie myślałam na przykład kiedyś.

No ale w końcu po roku, dwóch, dziesięciu coraz bardziej ogarniasz te obce realia, oswajasz je, uczysz się w nich żyć i jedziesz do Polski i nie pojmujesz dlaczego ludzie  mówią "o wielka Belgijka przyjechała", "zapomniała gdzie się urodziła", nie wiesz o co im się rozchodzi, nie zdajesz sobie sprawy, że nauczyłeś się żyć w innych realiach, że już nie zawsze rozumiesz polskie. Czy to znaczy że zapomniałam, gdzie się wychowałam, w jakich realiach? Nie, to znaczy tylko że nie jestem na bieżąco i już nigdy nie będę, bo żyję tu nie tam, a realia się różnią bardzo a do tego ciągle zmieniają, zaś ja nie mam przełącznika w mózgu: cyk - Polska, cyk Belgia, cyk Korea Południowa. Czy to znaczy że się zmieniłam? A jak niby miałabym żyć w obcym kraju, gdybym się nie dostosowała, nie zmieniła swoich przyzwyczajeń, podejścia do życia?

Wiem jak - tak jak żyją ci Polacy w tzw polskich gettach, w polskich dzielnicach, którzy po 5, 10, 20 latach mówią nadal tylko i wyłącznie po polsku, trzymają się tylko z Polakami, pracują u innych Polaków lub z innymi Polakami u tubylca, czeszą się tylko i wyłącznie u polskich fryzjerów a auta naprawiają u polskich mechaników, kupują tylko w polskich sklepach, bo do tutejszych  wstydzą się pójść, bo nie potrafią się tu odnaleźć. Którzy po 10 latach na obczyźnie na fb mają tylko polskich znajomych, którzy mają tylko polską telewizję i żyją tylko tym co w Polsce. Którzy mają tylko nikłe  (tyle co drugi Polak powiedział) lub zerowe pojęcie na temat tutejszego życia, zwyczajów, prawa, tradycji, szkolnictwa czy turystyki. Każdy dokonuje wyborów i żyje po swojemu i każdy ma do tego prawo...

Gdy wybierzesz (lub tak ci się losowo ułoży) opcję z dala od innych rodaków to będziesz sam. My byliśmy w piątkę i było nam raźniej, ale też z drugiej strony trudniej, bo musieliśmy się martwić o nasze dzieci i siebie nawzajem. Co innego pojechać jednemu dorosłemu na jakiś określony czas, wiedząc że dzieci i partner siedzą sobie bezpiecznie w domu pośród znajomych ludzi - uda się czy nie uda, to wiesz, że masz gdzie wrócić, że masz dom, że ktoś na ciebie czeka. Niektórzy tak robią długie lata. Co innego postawić wszystko na jedną kartę, wóz albo przewóz, bilet w jedną stronę, nie ma powrotu, nie ma pewności, że się uda, bez pieniędzy, znajomości, pomocy, licząc na łut szczęścia i dobrych ludzi. Ale kto się nad tym zastanawia, kto pomyśli, co przeżyły nasze dzieci, co przeżyliśmy my dorośli? Ile to nas wszystkich kosztowało (i kosztuje nadal) nerwów, strachu, nieprzespanych nocy? Czy takie doświadczenie  może  zmienić człowieka? Czy może wpłynąć na jego psychikę i charakter? Na to pytanie niech se każdy sam odpowie wedle własnych kryteriów postrzegania świata. Mnie zmieniło na pewno i to bezpowrotnie. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Mnie nie zabiło... jeszcze.

Emigracja zmienia ludzi.
Może dzięki temu wpisowi choć jedna osoba zrozumie dlaczego, a może i nie...
Może dzięki temu wpisowi, jedna osoba zrezygnuje z emigracji i oszczędzi swoim znajomym i sobie przykrych doświadczeń, a może to właśnie kogoś do emigracji zachęci...
Może ktoś doczytał do końca, a może po pierwszym akapicie stwierdził, że to beznadziejny teskt i odlubił bloga...
Może rodzina i znajomi się na mnie po tym tekście całkiem wypną... a może nie.

Jedno jest pewne - Polska nadal jest w moim sercu. Uwielbiam oglądać stare zdjęcia (a mam ich setki jak na córkę fotografa i miłośniczkę pstrykania przystało), wspominać wszystkie miejsca które odwiedziłam i wszystkich ludzi których spotkałam na swojej drodze. Pamiętam dobre i złe chwile, poważne i śmieszne... Opowiadam o nich swoim dzieciom. Opowiadam Belgom i innym obcokrajowcom o mojej ojczyźnie, o moim życiu, rodzinie, znajomych. Mówię im o rzeczach dobrych i złych, tak jak na tym blogu wam Polakom opowiadam o Belgii.

Mój rodzinny dom to była zawsze  szalona zbieranina ludziów, kotełów, piesełów i wszelakiego innego żywego stworzenia. Co jedno to większy oryginał (myślicie, że po kim mam swoją nienormalność?)





...ale też miejscem, gdzie w spokoju można było wypić kawę, podumać albo pogadać o wszystkim i o niczym



Moja praca była fantastycznym, pasjonującym i ciekawym doświadczeniem życiowym

Poznałam w Polsce wielu świetnych ludzi. Czas spędzony z drużyną to niepowtarzalne chwile.


treningi nad Bałtykiem

Polskie zimy ech :-)

Cieszę się, że dane mi było zwiedzić tyle pięknych miejsc w ojczyźnie zanim wyjechałam
Ruiny w Czorsztynie

Beskidy

 

 
 


Polska to piękny kraj, który mam i pewnie na zawsze już w pamięci i sercu mieć będę, ale
JUŻ NIE MÓJ. To nie żale, nie biadolenia - nie doszukujcie się , proszę, w moich wpisach tego czego tam nie ma - to są fakty. Tęsknię czasem do chwil minionych, wspominam je czule (albo i ze złością na siebie lub kogoś, bo takie jest życie), ale nie żałuję niczego. Jestem zadowolona z moich życiowych wyborów. Jestem szczęśliwa jako żona, jako matka i jako emigrantka. Nie znaczy to, że nie mam prawa sobie czasem ponarzekać, powkurzać (na męża, dzieci, zagranicę czy Polskę), że nie mam prawa się martwić, denerwować, że nie wolno mi marzyć i tęsknić, bo niczym się od was wszystkich pod tym względem nie różnię - ciągle jestem tylko (a może aż) człowiekiem i to bardzo wrażliwym, empatycznym i emocjonalnym, tylko może czasem z cięższym o pewne doświadczenia bagażem. Fajnie by było spotykać się z rodziną od czasu do czasu, fajnie by było dzielić się  co roku opłatkiem i jajkiem, próbować wszystkich urodzinowych tortów, fajnie by było pogadać o bieżących problemach i poradzić, fajnie by było być na bieżąco, ale cóż ...dzień ma tylko 24 godziny, 1500km to w ciul daleko, hajs nie rośnie na krzaku, a robota się sama nie zrobi. Już nigdy nie będzie, tak jak było - ciężko się czasem z tym pogodzić, ale nie ma wyjścia. Takie jest życie.





*) tak to wulgaryzm, użyty świadomie z premedytacją, bo wiecie ja zwyczajny robol jestem i jak mi spadnie cegła na stopę to nie mam zwyczaju mówić wtedy tonem pani od polskiego "o motyla noga", tylko zaryczę to co zaryczy każdy normalny, gdy mu spadnie cegła na stopę...
Read the whole story
Share this story
Delete

Cast Iron Pan

4 Comments and 15 Shares
If you want to evenly space them, it's easiest to alternate between the Arctic and Antarctic. Some people just go to the Arctic twice, near the equinoxes so the visits are almost 6 months apart, but it's not the same.
Read the whole story
Share this story
Delete
4 public comments
sulrich
17 hours ago
reply
guilty.
iPhone: 44.910601,-93.336335
jheiss
3 days ago
reply
If soap is destroying your "seasoning" then you don't actually have seasoning.
ManBehindThePlan
3 days ago
reply
The obsession of cast iron care is laughable, considering that the pioneers rode with them over the Rockies. Of course, they actually used them, so the patina was always kept.
chrisamico
3 days ago
reply
Sometimes XKCD hits close to home.
Boston, MA

First Star

1 Share

Read the whole story
Share this story
Delete

Matma jest fajna, czyli proste i wciągające zabawy matematyczne dla dzieci

1 Share
Ile znacie osób, które deklarują, że „nie są ścisłowcami” i czują ogromny lęk przed matematyką? A może sami do tej...
Read the whole story
Share this story
Delete

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 21

1 Share
        Przyjaciele, koledzy, współtowarzysze w niedoli i sporadycznych chwilach szczęścia. Dowiedliśmy w jednej z poprzednich części poradnika, iż powszechnie obśmiewane przez nasze i wasze kobiety niegroźne, wydawałoby się, dolegliwości, przez nas traktowane jak choroby śmiertelne, mają uzasadnienie ewolucyjne. A z ewolucyjnym uzasadnieniem się nie dyskutuje. Jeśli natura zechce skorygować, to skoryguje. Do tego czasu katar, gorączkę i skaleczony palec traktować będziemy jak śmiertelne zagrożenie i odpowiednio do tego się zachowywać. Czyli siedzieć w domu oraz domagać się troski, uwagi i obiadu.
        Wiemy zatem, że choroby nasze, myśliwych, predatorów, dostarczycieli mamuciego mięsa do jaskiń są potencjalnie śmiertelne. Nasze zachowanie w trakcie tych dolegliwości jest zatem jak najbardziej uzasadnione i niech się te baby z Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie wypchają. Gdy po latach bezustannych polowań, walk z mamutami, tyranozaurami i członkami innych plemion przydarzy się wam, szanowni, potencjalnie śmiertelna choroba, nie wahajcie się. Zasłużyliście na opiekę w tych dniach wielokrotnie. Leżcie wygodnie i patrząc hardo waszym niewiastom w oczy zmieniajcie kanały w TV i popijajcie piwo.

        Jednakowoż, czcigodni, zdarza się, iż dochodzi do sytuacji karygodnych. Otóż zdarza się, że “zachoruje” wasza kobieta. O ile w naszym przypadku, myśliwych i predatorów, spędzających godziny na tropieniu i upolowaniu zwierza, w warunkach najeżonych niebezpieczeństwami i śmiertelnymi pułapkami, deszczem, upałem, wilgocią i zimnem, choroby nie są niczym dziwnym, o tyle w przypadku kobiet nie ma to żadnego usprawiedliwienia. Siedzą całymi dniami w ciepłej i suchej jaskini, okryte futrami z upolowanych przez nas zwierząt, przygotowujące posiłki z upolowanych przez nas zwierząt, plotkując o koleżankach i najnowszych trendach w odzieży skórzanej przygotowywanej z upolowanych przez nas zwierząt. Nie ma jak zachorować. Z tego właśnie powodu - i mamy na to liczne dowody z wykopalisk - kobiety genetycznie i ewolucyjnie nie chorują. Lub też - nie powinny chorować. Lub też - nie powinny robić z tego wielkiego łolaboga.

        I tu przechodzimy do sedna. Nie powinny, ale jednak im się zdarza. No i wtedy jest ambaras. Gdyż kobieta, z jakiegoś powodu przekonana o posiadaniu takich samych praw jak mężczyźni, domaga się prawa do opieki podczas choroby. Takiej samej opieki jakiej z wielką łaską dostarczają nam, gdy przydarzy się nam czasem prawie śmiertelne 37 stopni gorączki lub krwawiący palec. Wiadomo, że my musimy wyzdrowieć szybko i skutecznie. Nie możemy się podczas choroby rozpraszać, całe siły organizmu rzucamy na chorobę. A dla kogo to wszystko? No przecież nie dla nas te polowania. Dla nich. Z naszej miłości. I trochę z ich narzekania:

- Siódmy raz w tym tygodniu mamut?
- Suknie ze skóry mamuta są już niemodne. Nie mógłbyś zapolować na tygrysa szablastozębnego?
- No co się tak wylegujesz? Słońce wstaje za 3 godziny. Leć po bułki i świeżą antylopinę.
         
 
        Przecież, bądźmy szczerzy panowie, każdy z nas potrafi przeżyć tydzień zużywając jeden talerz, jeden kubek, jeden komplet sztućców i jeden udziec mamuta. Dopóki nie ucieka, jest jadalny. Ale one nie. Więc wstajemy przed świtem, ruszamy na łowy, do sklepu, przedzierając się przez mrok, zimno, śnieg, grad i tygrysy. Wszystko dla naszych ukochanych. W zamian chcemy tylko móc spokojnie rzucić wszystkie siły na walkę z chorobą. W tych oczywiście rzadkich chwilach, gdy zdarzy nam się zachorować. Czy naprawdę podanie nam pilota leżącego poza zasięgiem naszej ręki to taki wysiłek? Naprawdę wymaga wzdychania i przewracania oczami? Czy podanie nam piwa z lodówki naprawdę jest takie trudne? Przecież, droga żono/narzeczono/kochanko, nie musisz się na nie czaić w mroku bez ruchu przez pięć godzin. Nie ryzykujesz stratowania przez stado uciekających piw. Nie musisz nieść stukilowego udźca z piwa przez 20 kilometrów. Sięgnięcie do lodówki - tak na marginesie wtarganej przez nas i naszych kolegów na plecach do jaskini na czwartym piętrze - i wyjęcie piwa jeszcze nikogo nie zabiło. W przeciwieństwie do niezaleczonej gorączki, skaleczenia czy kataru.

        Ten przydługi odrobinę wstęp służył jednemu celowi - bez najmniejszych wątpliwości dowieść, że nie dostajemy należącej się nam opieki w rzadkich chwilach ciężkiej choroby. Dowiedzione zostało. Wróćmy zatem do tematu tego wykładu.
        
        Tematem tego wykładu jest, że teraz choruje kobieta. Ni stąd ni zowąd, siedzi sobie spokojnie w ciepłej jaskini, plotkuje z koleżanką o najnowszych trendach w odzieży skórzanej i nagle bach - gorączka. No 40 stopni, myślałby kto, i już leży i nie ma siły ugotować obiadu. W dżungli to by jej jakieś niebezpieczeństwo groziło, ale w jaskini? Co na nią zapoluje w jaskini? No przecież nic, gdyż kto zadbał o bezpieczeństwo? Tak, mężczyzna. Oraz lekki ból gardła objawiający się chrypką, przez co, biedaczka, mówić nie może za bardzo. Na co - nawiasem mówiąc - jeszcze żaden mężczyzna nigdy się nie skarżył. Czasem dochodzi do tego podobno “okropny” ból głowy. Phi, żeby jedna z drugą wiedziała jak boli głowa odgryziona przez tygrysa, to by zredefiniowała znaczenie słowa “okropny”. Niemniej, niezależnie od okoliczności i sensowności tego przedsięwzięcia, kobieta czasem choruje i na nas, myśliwych i predatorów, spada obowiązek zadbania o domostwo. Jaskinię znaczy.

        Zadanie pierwsze: “posprzątaj”. Chora, z gorączką i “okropnym” bólem głowy kobieta stawia zadanie “posprzątaj”. Czy któremuś z Was, szanowni i czcigodni, wpadłoby podczas śmiertelnej choroby martwić się o porządek? Nie wpada nam to do głowy nawet w szczycie formy, a co dopiero podczas choroby. Podczas śmiertelnej choroby ważne jest, aby przygotować ostatnie słowa. Historia zapamiętuje ostatnie słowa. “Ja nie skoczę? Potrzymaj mi piwo” znają wszyscy, a czy ktoś zapamiętał jaki był wtedy bałagan/porządek w pokoju? No oczywiście, że nie, bo nikt na to nie zwraca uwagi. Ale ok, chora kobieta, bredzi w gorączce, posprzątamy.
Dwie minuty rozglądania się po jaskini później…
Na twarzy mina what the fuck. Gdyż rozglądamy się po jaskini, a tu wszystko w najlepszym porządku. Niczego do posprzątania. Zatem znikamy na godzinę z oczu chorej małżonki, odpalamy z Youtube dźwięk odkurzania i rozkoszujemy się chłodnym browarkiem.

        Zadanie drugie: “ugotuj”. Trochę bardziej zrozumiałe niż “posprzątaj”. Ale tylko trochę. Ugotuj? Gdy zawsze było “upoluj”? Kobieto! Mówisz do wytrawnego i wytrwałego myśliwego, zdolnego do wielogodzinnego czatowania bez ruchu na dogodny moment do ataku. Zdolnego do tropienia rannego mamuta przez wiele kilometrów. Do przyniesienia do domu 30-kilogramowego udźca z owego mamuta. Ale “ugotuj”? Dotychczas część pomiędzy “zrzuć mięcho w kuchennej części jaskini” a “spożyj przygotowany z niego posiłek” pozostawała dla nas ukryta w mrokach kuchni. Tymczasem bez przygotowania mamy w te mroki wkroczyć. Ale przecież jesteśmy nieulękłymi łowcami. Wkraczamy i bierzemy się do pracy. Gdzie tu się zapala światło? Jak ona to dzieli na takie małe kawałki? Ogień! Gdzieś tu powinien być ogień. Jak ona to rozpala? Przecież nasi przodkowie jedli to na surowo i żyją. Znaczy nie żyją, ale przyczyną był tyranozaur a nie surowa potrawa. I tak właśnie wymyśliliśmy tatara i sushi (następnego dnia).
        Drodzy koledzy. Mroki kuchni to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem tylko kilka dni wysłuchiwania rzucanych mimochodem “mówiłam ci, zostaw tego ochlapusa”, “a ten Janek spod dwójki jest ciągle wolny”, “co to za chłop, co nawet steku z mamuta nie umie przyrządzić”, “a Marta ze Zdziśkiem kupili nową jaskinię, a ten twój to niczego nie umie załatwić” i małżonka wraca do zdrowia, a my odzyskujemy możliwość zniknięcia na cały dzień na polowaniu. Czyli nareszcie spokój.

        Zadanie trzecie: “herbaty”. To taki napój. W przygotowywaniu napojów, wydawać by się mogło, jesteśmy od pokoleń nieźli. Tajemna wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie niczym u jakichś druidów. Napoje rozgrzewają nas podczas wielogodzinnych polowań, podczas rytualnych, wtorkowych, męskich rozmów o najnowszych trendach w dziedzinie broni miotającej antymamuciej. Krótko mówiąc - w warzeniu napojów jesteśmy nieźli. A przynajmniej tak się wydawało zanim nie zabraliśmy się do robienia herbaty. “Za gorąca! Chcesz mnie zabić? Pewnie żeby się bez problemów spotykać z tą lafiryndą spod trójki. Bez cukru? Pewnie, żałuj chorej żonie cukru. Tej lafiryndzie spod trójki pewnie byś 5 łyżeczek zasypał. A cytryna? Wiesz, że chory potrzebuje witamin, a ty mi bez cytryny. Już mnie nie kochasz. Takie wielki kawał cytryny? Jak mam to teraz pić jak cytryna wszystko zasłania? Herbata owocowa? Oszalałeś? Wiesz, że są radioaktywne? Teraz to już na pewno chcesz się mnie pozbyć. Bio, mówiłam wiele razy, że ma być czarna bio. Inne są hodowane przy drodze i zawierają ołów i inne świństwa. Chcę tylko bio, hodowane na odchodach młodych mamutów karmionych bio-trawą, zbierane o świcie w noc przesilenia wiosenno-letniego przez nastoletnie dziewice karmione tylko bio-herbatą. Nie obchodzi mnie, że dzisiaj niedziela i sklep zamknięty. Nie kochasz mnie. Chcę umrzeć. Idź po moją mamę. Gdzie idziesz? Wracaj tu. Przytul mnie. Odsuń się, nie lubię cię teraz. Przytul mnie. Nie zbliżaj się do mnie.
        Szanowni koledzy. Sztuka zrobienia herbaty to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem kilka dni jak wyżej.

        Zadania czwarte: “lekarstwo”. U facetów to łatwo. Albo umieramy albo da się nas wyleczyć za pomocą napoju. W przygotowywaniu napojów jesteśmy nieźli, więc w domu zawsze jest jakieś lekarstwo na wszelki wypadek. W przypadku chorej żony odkorkowujemy lekarstwo, nalewamy odrobinę do szklanki i podajemy żonie. Chwilę później wykonujemy unik przed rzuconą, z niebywałą jak na chorą kobietę siłą, szklanką oraz robimy zdziwioną - całkowicie szczerze - miną. Gdyż nie takie to miało być lekarstwo. A gdzież my, kochanie, trzymamy lekarstwo? - pytamy grzecznie i potulnie, nie będąc pewnym czy chora małżonka nie ma pod ręką drugiej szklanki. “Boshe, przecież to oczywiste. W łazience, w szafce z detergentami, w puszce po kawie z napisem sól.” Trywialne.

 
        Po kilku dniach takiej mordęgi nawet najwytrwalszy z nas zasługuje na kilka tygodni odpoczynku. Czy dany nam będzie ten odpoczynek? Naiwni pomyślą, że owszem. Doświadczeni wiedzą, że nie. Jedyne na co możemy liczyć to niezbyt wiele pogardy i zniecierpliwienia w słowach “A ty co się tak po jaskini szwędasz? Nie dość się obijałeś przez ostatnie kilka dni? Weź się do jakiejś roboty.” Nie dyskutujemy, ale wykorzystując okazję udajemy się na wielodniowe polowanie na wściekłego tyranozaura na terytorium zamieszkanym przez krwiożerczych ludożerców, pełnym trujących roślin, wielkich ptaków drapieżnych, tygrysów szablastozębnych, skorpionów i komarów wielkości małego mamuta roznoszących nieuleczalne choroby. Należy nam się w końcu trochę odpoczynku.
Read the whole story
Share this story
Delete

Kobiece zachcianki

1 Share

Read the whole story
Share this story
Delete
Next Page of Stories